Sunday, March 25, 2018

Pierwszy koncert Michała Szpaka w Lublinie (17/03/2018)


Coś w rodzaju przedsłowia. To będzie prawie całkiem o "organizacji", dlatego jeśli chcecie się dowiedzieć moich wrażeń o samym koncercie, przewińcie w dół.

Nie jestem wielką fanką muzyki, i prawie nic nie wiem o nowoczesnych piosenkarzach. O Michale Szpaku pierwszym razem usłyszałam po Eurowizję 2016, gdzie on przyciągnął uwagę setki tysiące ludzi wśród których była i jedna moja przyjaciółka, która potem i powiedziała mi o nim. Kiedy było ogłoszone, że będzie koncert Michała Szpaka w październiku tegoż samego roku w Lublinie, zdecydowałam pójść na ten koncert, zapraszając tę samę przyjaciółkę. Ale niestety ten koncert był najpierw przełożony, a potem w ogóle odwołany. Jak powiedziała mi potem ta sama przyjaciółka (ona wiele wie o świecie muzyków i nawet o tym, co się dzieje za kulisami), takie odwołania, nawet podwójne, niestety, nie jest rzadkością. Ale wszakże ja, zwykła kobieta, byłam bardzo rozczarowana, rozczarowana dlatego, że zdołałam już poczuć trochę interesu k piosenkam Szpaka. Czas minął, i nagle usłyszałam o trzeciej próbie koncerta Szpaka w Lublinie. "Dlaczego nie?", pomyślałam, i zdecydowałam kupić bilety. Nie będę ukrywała, że jednym z rezonów pójść na koncert było miejsce, gdzie on musiał być - Centrum Spotkania Kultur, salę którego od dawna marzyłam obejrzeć. Na szczęście, trzecia próba była fortunną, opady śniegu zdarzyły się na dobę wcześniej niż Michał z zespołem przyjechali do Lublina i dlatego... teraz to wszystko piszę.

Tu zaczyna się prawdziwy kontent artykułu. Choć przyszłam do koncertu nastrojona troszeczkę sceptyczne zostałam na prawdzie pod wrażeniem od dźwięku i światła show pokazanego widzom. Najpierw było kilka klasycznych utworów, rozegranych przez zespół, ze śpiewaniem Marleny, siostry Michała - co, moim zdaniem, było zupełnie to, co potrzebne żeby rozgrzać publiczność. A potem był głos, tylko głos Michała w kompletnej ciemności. Wyglądało na to, że to było zrobione specjalnie, żeby nie zepsuć pierwszego wrażenia widzow przez wygląd samego wokalisty. Kiedy wreszcie w kręgu światło pojawił się sam Michał, ogłuszył mnie kontrast między go potężnym głosem a kruchą konstytucją.
Moje własne zdjęcie, zrobione na koncercie
Wydawał się takim delikatnym i lekkim - tymi dwoma słowami chciałabym opisać jego postać. Kiedy go zobaczyłam, moja pierwsza mysl była o księcie z radzieckiego filma animowanego "Dziadek do orzechów". Czasami wydawało się, że wystarczy Michałowie trochę skoczyć i poleci w górę jak tancerz baletowy.

Zrzuty z "Dziadka do orzechów"

Innym skojarzeniem, które odczuwałam, było coś niebiańskiego - w swojej pół przezroczystej szacie Michał czasami wyglądał jak anioł, jakby miał skrzydła zamiast ręk.
Zdjęcie Michała zrobione podczas koncertu, wzięto stąd

Co jeszcze muszę dodać o Michale i o samym koncercie? Koncert był wspaniały - półtory godziny czystej przyjemności. Piękna mieszanka klasyki z własnymi utworami Michała - ściśle to, żeby zadowolić w weekendowy wieczór osobę, która nie bardzo lubi muzyki. (Mówiąc szczerze, byłam trochę przyjemnie zaskoczona gdy oglądałam koncert na żywo, bez denerwujących reklam telewizyjnych lub wulgarnych żartów konferansjerów.) Chociaż było kilka drobnych problemów, dźwięk czasami wydawał mnie się trochę za głośnym, oraz w naszym ostatnim rzędzie audytorium światło czasami wpadało widzom prosto w oczy. Ale to wszystko nie sprawiało mi żadnych nieprzyjemności.

Sam Michał ... widać było, że jest trochę zdenerwowany, czasami nie oglądał publiczności podczas śpiewania, czasami żartował nad sobą, ale to wszystko było bardzo wzruszające. Szczególnie to, jak uciekł od sceny, czyniąc nasze zadanie prezentowania mu kwiatów prawie niemożliwym. (Zapomniałam nawet powiedzieć, że mój bukiet był faktycznie zaplanowane dla Marleny, podczas gdy kwiaty dla Michała osobiście  miała moja przyjaciółka.) A propos, było dziwne, że oprócz nas w audytorium nikt z ludzi nie przyniosł kwiatów dla śpiewaków.
Tak, mając dziwne poczucie cuda, mogłam opuścić salę, gdyby nie coś w rodzaju "kontynuacji". (Wszyscy, którzy nie są w nią zainteresowani, mogą swobodne przewinąć stronę do końca).

Posłowie. Pod koniec koncertu moja przyjaciółka powiedziała mi, że może być szansa, że Michał pojawi się po koncercie, żeby rozdać autografy i zezwolić na zrobienie zdjęcia z nim wszystkim, którzy tego zechcą. Tak więc spędziłyśmy ponad godzinę w długiej kolejce i... nie doczekaliśmy nic. Kiedy długość kolejki wynosiła już tylko około jednej trzeciej od tego, co było na począntku, wszystko nagle się zatrzymało. Michał uszedł, pozostawiając ludzi sfrustrowanymi i rozczarowanymi. Kilka minut później pojawił się jeden z go ludzi z tuzinom kartek z autografami Michała, ale to nie uratowało sytuacji. Niektóre z dziewcząt stojących w pierwszym rzędzie kolejki prawie zaczęły płakać. Rozumiem, że gdyby moja przyjaciółka nie powiedziała mi o takiej możliwości, to w ogóle nie zostałabym po koncercie (i w takim razie unikłabym wszystkich smutnych uczuć z tym związanych), ale nie wiem skąd reszta ludzi dostała swoje wiedzą o takiej procedurze, i czy oni wszyscy byli świadomi, że nie każdy zmoże mieć tyle szczęścia, żeby uzyskać pożądane zdjęcie i autograf. 

Podsumowanie. Pomimo porażki ze zdjęciem nadal nie żałuję pójścia na koncert. Jeśli zapytacie mnie, czy chciałabym pójść jeszcze raz, odpowiem "prawdopodobnie tak", szczególne jeśli tam będzie możliwość potańczyć (podczas niektórych piosenek odczuwałam silne pragnienie skakania i zaczynania tańczyć). I zdecydowanie będę śledzić za dalszą karierę Michała Szpaka - byłoby ciekawie spojrzeć na go za 10, a nawet i 20 lat, czy pozostanie takim samym delikatnym i młodym, jakim jest teraz, a jeśli nie - gdzie pójdzie? Moim zdaniem byłoby miło zobaczyć go w jakimś musicali, grającego młodego Ludwika Czternastego, wicehrabia de Bragelonne, a nawet Aramisa (ale dla tej rolę Michał, moim zdaniem, powinien nabrać troszeczkę wagi i pewności sobie))). A jeśli chodzi o autografy i zdjęcia - nie, nie będę już próbować takie głupoty. Dla właśnej przyjemności pozwólmy wykonawcom pozostać tam, dokąd oni należą, i podziwiać ich z miejsca, do którego należymy, z audytorium.

PS. Wersja angielska tego artukuła jest tutaj.